niedziela, 22 marca 2009

Maska

Nie ma takich słów i nie ma takich łez,
Nie ma takich gestów, min, wyrazu kres...
Są takie zakamarki, opisać je nie sposób,
Na zawsze pozostaną tajemnicą dwóch osób.
Ten co się z nie zagłębia, na zawsze już przepada
I każda droga w sercu jest jak zdrada, jak zdrada...
I żyć z tym jakoś trzeba, żyć z tym tutaj każą,
Lecz cóż to jest za życie z maską, a nie twarzą?

sobota, 14 marca 2009

Śmiałem

Ośmielę się zauważyć
Że niebywale często mamy w życiu
Przebejane

Obserwujemy ludzi w metrze
W autobusach obserwują nas ludzie
Czasem uśmiechamy się do nich
(kto wie dlaczego)

Czasem speszeni odwracamy wzrok
(kto wie dlaczego)
I udajemy, że wcale nie patrzyliśmy
Chociaż patrzyliśmy
A oni wiedzą i my wiemy, że oni wiedzą

Czasem ktoś poprosi o pomoc
Albo chociaż o radę
Pomożemy
I czujemy się dobrze
(Dlaczego? Kto wie…)

Czasem mamy ochotę ofuknąć gbura
Rozpychającego się w przepełnionym tramwaju
Udającego
(Dlaczego? Kto wie…)
Że nie widzi umęczonej staruszki
Nie ustępującego miejsca

Czasem nie wiemy widząc żebraka
Czy rzucić mu tysięczną rybę
Czy nie rzucać i skłonić do zdobycia wędki

Czasem przypadkiem powiemy, narysujemy, napiszemy lub zrobimy
Coś ładnego
I cieszy nas to
(Dlaczego? Kto wie dlaczego?)

Czasem w tłumów tłumie
Wydaje nam się, że odnajdujemy bratnią duszę
Jedyną
(Wydaje się, że wiemy)
Lecz zawsze jest zajęta
Niechętna
Albo obojętna

Ośmielę się zauważyć
Że niebywale często mamy w życiu
Przebejane

niedziela, 1 marca 2009

Mordercy pierworodni

Miliony pokoleń, miliony bekulturnych,
Jak busz w Australii, co rodząc płonie,
Miliony pokoleń bez wniosków wtórnych,
Miliony morderców swych matek w łonie

Żyją bez dziedzictwa, żyją od nowa,
Nie wiedząc jakich poświęceń owocem
Jest każdego z nich wzniesiona głowa
I jak bolesne czekają ich noce

Bez wsparcia przodków, ksiąg zapisanych,
Bez doświadczenia minionych lat,
Świat wybudują, co na nich samych
Będzie się wspierał czasu szmat

Elan vitae, potęga życia,
W nieświadomości pozwoli trwać,
I niby nie ma nic do ukrycia
I trzeba tylko od życia brać

Aż wyhamuje rozpęd natury
Widzi się szczyty, nie trzeba biec
I podszeptują wewnętrzne chóry
Że ktoś rozpalić musiał życia piec

Tęskno do źródeł, tęskne oblicza
Z nostalgią sięgają pamięcią wstecz
Nic nie znajdują, pustka dziewicza,
Pustka bez ale, bez przecież, bez lecz

Trwają więc w smutku i łzach pogrążeni,
Nie wiedząc co było, nie wiedząc co jest,
Martwią się czy też wyrośnie z ich cieni
Nowe pokolenie nim przyjdzie kres

Zmarszczek przybywa, poryte ciało
Wciąż nie wydało życia na świat
Czy poza śmiercią nic nie zostało
A nasza strata, największą ze strat?

Ach jakże w bólu wielką mam radość,
Ach w mym cierpieniu ostatni raz
Nadeszła wszelkich zmartwień mych zadość
Ginę i rodzę – wszystko w jeden czas

Któż mógł przewidzieć, że giną rodząc,
Że trzeba życie za życie zdać?
Któż mógł przewidzieć, że piękny owoc
Kosztuje więcej niż można dać?

Odchodzą nagle, ale szczęśliwi,
Że mogli temu światu coś dać,
Odchodzą w nicość wielce migotliwi
Wreszcie nie biorąc udało się dać

Miliony pokoleń, miliony bekulturnych,
Jak busz w Australii, co rodząc płonie,
Miliony pokoleń bez wniosków wtórnych,
Miliony morderców swych matek w łonie

poniedziałek, 9 lutego 2009

Niezapomniane

Rozsiądą się w bujanych fotelach gentelmani,
Fajki nabiją, tytoń zmienią w zgrabne kółka,
A przy nich damy dworu, ich ladies w czerwieni,
Z porcelany na język kap kap parzone ziółka

Retrospekcje z młodości odwiedzą senną klitkę,
W kominku ciepło zbudzą, rozmigocą świece,
Każdy palec owinie w tę Ariadny nitkę,
A gdy labirynt przebrną, serca buchną jak piece

I zadrży gdzieś tam w środku czuła struna ducha,
Ciałem dreszcz potrząśnie, oczy przejdą łzami,
Ach w życiu bywa różnie, lecz gdy się wspomnień słucha,
To żyć by się raz jeszcze tak chciało czasami.

Duszno i ciasno

Duszę się...
Cyfry dźwięki litery
Duszę się...
Kolory kształty rozmiary
Duszę się...
Zapachy odcienie figury
Duszę się...
Normy pojęcia i wzorce
Duszę się...
Symbole przyczyny i skutki
Duszę się...
Wymagania oczekiwania zalecenia
Duszę się...
Sekundy minuty godziny
Duszę się...
I tylko marzyć nie wolno i sobą być!
Przestrzeni tyle, a ciasno tak
Pozory wolności, obłudy gorzki smak
Latać nie wolno! Lecz będę o tym śnić...

sobota, 10 stycznia 2009

Liczydlaki

Dni liczymy niepoliczalne,
Zegarów kroczą natrętne armie,

Tik-tak, tik-tak

Minuta za minutą płynie,
Wskazówki niczym koło w młynie,

Tik-tak, tik-tak,

Kolejne cyfry kalendarza
I stosy kartek na ołtarzach,

Tik-tak, tik-tak,

O godziny wznosimy modły,
By tryby kiedyś zaniemogły,
By czasu śliskość zardzewiała,
By się wskazówka zatrzymała...

A ona ciągle tik-tak, tik-tak.

I wkoło walka z wiatrakami,
By wiatr zawrócić oddechami,

Tik-tak, tik-tak,

By pauzę włączyć pięknej chwili,
Lub wrócić się gdzieśmy już byli,

Tik-tak, tik-tak,

Móc smołą zalać, choć raz tarczę,
Spojrzeć na czasu ruchy starcze,

Tik-tak, tik-tak,

I licząc przesypiamy życie,
Wieczorem śnimy wciąż o świcie,
Choć świtu wrócić nie umiemy,
Więc żyć czy liczyć, czego chcemy?

A echo wciąż powtarza tik-tak, tik-tak...

sobota, 27 grudnia 2008

Wódka z pieprzem


Pani, pani...
Co za pani?
Pani...
Ach, ta pani!
Ach ty pani...

Niby zwykła, pewna pani,
Staje się trochę niezwykła.
Wlampiam oczy, reflektorzę,
Roentgenuję panią od stóp.
Ona we mnie,
A ja w nią,
Rybie usta,
Na klej dłoń.
Moment, ulatnia się światło,
Obieramy się dyskretnie,
Delikatnie i subtelnie,
Z zimy w wiosnę,
Z wiosny w letnie,
Z letnich w puch,
Pierz garści pełne,
Zapach włosów,
Słońce w oku zachodzące,
Elektryczność,
Faza stop.

I raz jeszcze, droga pani,
Jeszcze dwa, a nawet trzy!
Aż nas złapie niespodzianie,
Eos blada, blady świt.

Bez wyroentgnień, wreflektorzeń
I bez wlampień zmierzym się,
Od stóp w oczy –
Nie ci sami,
Nieznajomi,
Tak jak przed.

Ćwiartki dźwięku nie wydając,
Zatoniemy w jedną myśl,
Nigdy więcej,
Na ból brzucha,
Ani nawet ot tak,
Nigdy więcej
Wódki z pieprzem,
To był nasz ostatni raz.


czwartek, 25 grudnia 2008

Oka mgnienie

                                                                      Weronice Z. 

Jak świat długi, jak szeroki, wszędzie pustka, 
Pustynia, biały piach, gorącz, spękane usta, 
Przestrzenie hen w dale, za horyzont, ziemi kraniec, 
Słone wody, dmie wiatr w twarze, błędny taniec. 
Niebo czyste żar posyła suchym tchnieniem, 
Noc przynosi mróz polarny swym spojrzeniem, 
Księżyc jasny błyska okiem srebrnym z góry, 
W biegu staje, zwalnia, krzepnie litr purpury. 
Błędne oczy zapatrzone, przesypują blade ściany, 
Biedne oczy, co nie znajdą nawet fatamorgany, 
Uszy chore nasłuchują, same nie wiedzą co słyszą, 
Czy to cisza, czy to echo czegoś co się zwało ciszą? 
Puste miasta i ulice, puste domy, knajpy, puby, 
Gdzie są ludzie, gdzie anioły, święci, złodzieje i draby? 
Tylko wiatr suchy dokoła pędzi białe ziarnka piasku, 
Tylko oczy je ganiają, widząc życie w iskier blasku. 
Jeden dotyk zmącił spokój, jeden szept zagłuszył ciszę, 
Spojrzenie co upoiło, do tej pory się kołyszę, 
Jedna chwila, mgnienie oka na wieczności skalnej tarczy, 
Jeden dotyk wart wieczności, jeden dotyk mi wystarczy...



wtorek, 23 grudnia 2008

Narodziny

Oto jestem,
Z mroku, skądkolwiek,
Z jajka czy z larwy,
Z ziarna czy z brzucha,
Nawet z kokonu,
Nawet z wylinki, ikry czy pączka,
Po prostu jestem.

Gryzę, przegryzam,
Miotam, szamoczę,
Ciskam się wkoło,
Kręcę odwłokiem,
Głową przebijam, rozrywam, niszczę,
Drapię, przeciskam się na powierzchnię,
Prężę się, prężę,
Tylko aż tyle,
Pędzę i jęczę,
Jeszcze przez chwilę,
I, i, i...

...Jestem.
Oddech pochwycę,
Dziwi mnie strasznie,
Aż się zachłysnę,
Dusi mnie, dusi,
Dusi powietrze,
Ślepi, oślepia wszystko dokoła,
Dźwięki, kolory,
Zimno i ciepło,
Wilgoć i suchość,
Wiatru powiewy,
Zapach i dotyk,
Szorstkość i gładkość,
Co to ma znaczyć?
Co tu jest grane?
Nic, nic i nicość, aż nagle jestem,
Wszystko dokoła trąci szaleństwem,
Nie wiem co robić, jak...
Nic nie wiem przecież.
Tylko ta siła, co we mnie siedzi
Prężyć się każe, drzeć, ryczeć, wrzeszczeć,
Machać ogonem, albo skrzydłami,
Każe mi latać, pełzać i wierzgać,
Bzyczeć i piszczeć,
Skomleć i jęczeć,
Płakać i skrzeczeć,
I wiercić jeszcze,
Jeszcze i jeszcze.
Oddech już dusić przestaje z wolna,
Siła czy moc wciąż kipi we mnie,
I rośnie, rośnie, rośnie szalona,
To życie, życie,
To ja tu jestem.

A skąd się wziąłem,
Kto mnie sprowadził,
I co uczynię,
Jakim się stanę,
Nawet czym będę,
Teraz nieważne.
Nieważna forma,
Kim jestem, czym jestem,
Czym będę,
Nieważne,
Wszystko nieważne,
Bo teraz jestem.

niedziela, 21 grudnia 2008

Wigilia

Grudzień chyli się ku końcowi, Święta tuż, tuż. Ostatni dzień pracy w redakcji lokalnej gazety kończy się godzinę wcześniej. Obecni krzątają się szykując redakcyjną wigilię, sprzątają i zastawiają stół daniami przygotowanymi w domach. Nieobecni schodzą się i dołączają do pozostałych. W powietrzu unosi się zapach przygotowań i delikatne napięcie przed ostatecznym rozprężeniem. Dociera ostatni pracownik, wreszcie wszyscy są. Jest także nowa pracownica, która dołączy do ekipy zaraz po Świętach. Szefowa zamyka drzwi wejściowe na klucz i cała redakcja gromadzi się w sali, w której zastawiono stół.
 Ktoś stwierdza, że trzeba zgasić światło i zapalić świece. Po chwili, w lekkim półmroku, współpracownicy tworzą żywy pierścień, a szefowa przemawia, dziękuje wszystkim za rok ciężkiej pracy, motywuje do podjęcia kolejnych wyzwań i życzy wszystkiego, co najlepsze. Gasną świece, wraca światło, a wyczulone ucho wytrawnego słuchacza wyłapuje dźwięki przełamywanych opłatków i mniej lub bardziej wymyślnych życzeń.
By tradycji stało się zadość, należy jeszcze zasiąść do stołu i spróbować wszystkich dań. Zgromadzeni przystępują, zatem, do dzieła. Atmosfera staje się swobodniejsza, jedzenie jest wyborne, smakuje każdemu, choć niektórzy ograniczają się. Takie bywają uroki odchudzania. Rozmowy, żarty i śmiechy rozbrzmiewają coraz głośniej, starzy wyjadacze próbują włączyć do konwersacji młodą, przyszłą koleżankę. Wigilia rozkręca się, aż nagle ktoś puka do drzwi.
Wszyscy milkną. Nastaje konsternacja, gałki oczne rzucają się spłoszone w poszukiwaniu rozwiązania, ale napotykają jedynie na blade twarze o tak samo zagubionych oczach. Doskonale słychać przeszywający wszystkich dźwięk mechanizmu zamka. Ktoś próbuje wejść, naciska na klamkę. Na szczęście zamknięte. Jeden z redaktorów wstaje, podchodzi do drzwi, spogląda przez wizjer i cichym, szybkim krokiem idzie do sąsiedniego pomieszczenia. Przynosi stamtąd telefon. - Wyciszyłem go, bo próbowali się do nas dodzwonić.
 W końcu odchodzą. Powietrze się rozpręża, a cieniutka lodowa powłoka, dopasowana do kształtów ciał, odpada fragmentami. Rozmowy znów są swobodne, wracają żarty i śmiechy, wigilia trwa w najlepsze, aż niespodziewanie po raz kolejny słychać pukanie do drzwi. Usta milkną, twarze bledną, oczy w niemałej panice śledzą oblicza, telefon wyciszony, uff.
 Tym razem intruz jest bardziej zdecydowany. Nie tyle naciska na klamkę, ile się z nią szarpie. Wydaje się, że za chwilę niezliczone śrubki tkwiące wewnątrz mechanizmu poddadzą się i wystrzelą na wszystkie strony. Powietrze znów niewiarygodnie zgęstniało, delikatny lodowy nalot, pojawiający się zwykle na kałużach przy pierwszych przymrozkach, drugi raz tego wieczora pokrył ciała obecnych i trwaliby tak zahibernowani chyba wieki całe, gdyby jedna ze zmarzłych pań nie wyszeptała, wpuszczając przy tym z ust ogromną, białą chmurę pary – Może powinniśmy otworzyć? Nikt nie był w stanie odpowiedzieć, mało tego, usztywniającą zmarzlinę uzupełniły krępujące powrozy, które pętały wszystkich jak skazańców. Nikt nie był w stanie nawet drgnąć. Nagle redaktor Z. zdobył się na heroiczny wysiłek, zerwał wiążące go sznury uniósł się oszroniony i rzekł – Sprawdzę kto to.
 Wychodząc pokracznie, bo tak właśnie poruszają się ludzie zamarznięci, zamknął za sobą drzwi, za którymi odbywała się wigilia. Po chwili słychać chromotanie i suwanie ciężkich, żelaznych sztab ukrytych wewnątrz masywnych drzwi, o dziwo, wprawianych w ruch za pomocą maleńkiego klucza. Parę długich sekund później w progu pojawił się H., znajomy, a za nim zupełnie rozmarznięty i uśmiechnięty redaktor Z.
 To dziwne, ale powietrze nagle stało się rzadsze. Jeszcze przed chwilą z trudem łapało się oddech, a teraz? Każdy odetchnął pełną piersią niemal się zachłystując. Liny porwały się z trzaskiem, lodowe pancerze popękały w drobny mak i spłynęły do niewidzialnej kloaki. Twarze nabrały rumieńców, powróciły uśmiechy i gwarliwe rozmowy. Znalazło się dodatkowe nakrycie, krzesło, miejsce przy stole. Znów są żarty, znów jest wesoło.
Tylko nowoprzyjęta K. wydaje się być trochę nieswoja. Już nie je, nie śmieje się. Po paru minutach stwierdza, że musi iść. Nie daje się namówić nawet na dodatkowe parę minut. Jej ruchy są płynne, ale jej słowa jakby zmarznięte, jak wiadomości wykrztuszane w soplach, nieco rozmyte, a przez to niełatwe do odczytania. Czyżby zmarzlina utkała sobie gniazdko w jej wnętrzu? Wychodzi. Nic się nie zmienia, wigilia trwa, humory dopisują, dania znikają z półmisków, tradycja się wypełnia, jest normalnie. Po chrześcijańsku.