Jestem. Tak, to nie ulega najmniejszej wątpliwości. Może i ulotny, ale przecież wspaniały! Poza tym, cóż nie jest ulotne na tym świecie? Wszystko to kwestia czasu, spojrzenia, liczenia… zresztą, czy to ważne? Ustaliliśmy już, że jestem i przy tym pozostańmy.
Gdzie jestem? Też mi pytanie. Tutaj, o właśnie tu. Tu i teraz, bo gdzie indziej mógłbym być? Nie dane mi było o tym decydować, ale skoro już tu jestem, fajnie jest wierzyć, że to najlepszy możliwy czas i najwłaściwsze dla mnie miejsce. W każdym razie nie chciałbym, by wszystko okazało się głupim zbiegiem okoliczności. Nie, protestuję! To by umniejszało mojemu jestestwu! Co by nie mówić o Sprawiedliwym, jeśli jest sprawiedliwy, nie mógłby jednych jestestw pomniejszać, a innych wywyższać, czy nie tak? Zatem jestem tu, gdzie być powinienem, taki, jaki być powinienem i nie ma mowy, by mogło być lepiej.
Większość czasu wyleguję się na bladej tafli, bo niewiele jest zwrotów wartych odnotowania. Bywa, że czuję jak unoszę się ku górze dzięki uśmiechom losu bądź opadam nieco w dół, tonąc niemal we łzach rozpaczy, załamania, czy w zwykłych łezkach małych smutków. Po pewnym czasie wracam jednak na swą stałą pozycję i tkwię w miejscu na podobieństwo otaczających mnie braci. Wszyscy tak tkwimy i czekamy nie wiadomo na co; chyba na wielki finał (bo taki kiedyś musi nadejść, prawda?). Jedni wypalają się i gasną; inni rodzą się, powoli nabierają kolorów i lśnią, zawstydzając pozostałych swym blaskiem; niektórzy zaś puszczają szybkie oczko i znikają na zawsze, jakby nigdy ich nie było, jakby byli przywidzeniem. Tylko po co, po co to wszystko?
Szukamy sensu. Musi być jakiś cel. Ach, żeby wiedzieć, co dzieje się z tymi, którzy zostali wymazani z bladej tafli… Czy są w lepszym świecie? A może rozpłynęli się w nicość? Na litość… czy to możliwe, że tak po prostu wyparowują?! Byli i nagle ich nie ma, jak sny; igraszka losu. A może to, co jest teraz, to wszystko co nas czeka; początek i koniec, kulminacja egzystencji, potęga życia zamknięta na ułamek chwili w materialnym zakrzywieniu czasoprzestrzeni? Taki przywilej, o którym pojęcia nie mamy, bo wciąż liczymy na coś wyższego, pełniejszego, wspanialszego.
Może jesteśmy częścią większej całości? Roimy sobie – bezpodstawnie – żeśmy celem, gdy faktycznie pozostajemy środkiem; nie produktem, a składnikiem; żadną kwintesencją, a jedynie katalizatorem. Możemy być nawet częściami wielu innych całości, które też nie muszą być całościami kompletnymi, a jedynie elementami kolejnych elementów i tak w nieskończoność. I całości te mogą nas podziwiać, brzydzić się nami, nie zauważać nas, rozpływać się w zachwytach nad nami, potrzebować nas, a nawet mogą nie mieć pojęcia o naszym istnieniu.
Nie wykluczone również, że jesteśmy zwykłą genetyczną pomyłką, zbędnym ogniwem na drodze ewolucji, które ukształtowało się ot tak na boku i istnieje tylko po to, by zginąć i zostać na zawsze zapomnianym. Albo, że jesteśmy przypadkowym tworem, który nie ma większego znaczenia i w każdej chwili można nas bez szkody – nie licząc oczywiście ubytków estetycznych w oczach co poniektórych – wyciąć, wymazać, zamalować, zretuszować.
Rozważamy zatem nasze istnienia-nieistnienia, a potem zarzucamy to, gdyż donikąd nie prowadzą myśli zbłądzone w bezdowodowej podróży po omacku z zasłoniętymi oczyma. Tkwimy więc dalej na bladej tafli i odliczamy sekundy odłupujące kolejne mikrokawałki pigmentu z naszych ciał, by w końcu doprowadzić do całkowitego unicestwienia. Stoimy na swoich miejscach, co jakiś czas delikatnie się wznosimy, by później nieco opaść i tak naprawdę nie zmienia się nic, a my stajemy się coraz bladsi i tafla pochłania każdego z nas wciąż bardziej i bardziej.
Co prawda przychodzą takie okresy, gdy hardziejemy. Stawiamy jej twardy opór, kontrastujemy wyraźnie i mnożymy się na potęgę, ale żaden z nas nie wpadł jeszcze na pomysł, jak zachować ten stan. Musi być jakaś recepta, magiczny środek chroniący przed blaknięciem i całkowitym zanikiem. To na pewno bardzo proste, jak wszystko w życiu. Trzeba tylko na to wpaść, a tu już wymagany jest błysk geniuszu, którego – jak na razie – wszystkim nam brak. Chyba, że witalność musi przemijać, że dostajemy ją na oka mgnienie, by później zdać nie wiadomo gdzie i komu.
Mija czas; obserwuję jak odchodzą przyjaciele, wrogowie, bliscy, dalecy, znajomi oraz zupełnie nieznani. Znikają, rozpływają się w nicość, czynimy znaki na ich pamiątkę, a potem i tak zapominamy, a tafla wygładza się, aż nie zostaje po nich nawet ślad. Jest nas coraz mniej, a i ja sam czuję się słaby, bardzo słaby. Dopada mnie cynizm, zaczynam wątpić w sens. Wszystko było dziełem przypadku? Tak się nam poszczęściło? I teraz koniec? Na zawsze?! Więc po co to wszystko? Żart Sprawiedliwego? Niezbyt śmieszny… Zresztą, kto wie, czy istnieje jakiś tam Sprawiedliwy. Tak sobie mówimy, bo nie ma przecież rozsądniejszego celu niż doskonałość, której ogarnąć nie możemy i choćbyśmy połączyli wszystkie umysły świata, nie zrozumiemy. To nas usprawiedliwia. Nie jestem groszy, nie mogę poznać sensu, bo nikt nie jest w stanie tego zrobić. Ech… wierzymy. Wierzymy, bo chcemy, bo tak jest łatwiej, a przecież wszystko to kwestia wiary.
W końcu zostaję sam, jeden jedyny na bezkresnej bladej tafli, która wydaje się niezmienna i nieskończona. Jest coraz zimniej, a życiodajne promienie coraz rzadziej i rzadziej napełniają mnie energią. Brak mi wyrazu, brak mi go wciąż bardziej i bardziej, aż w pewnej chwili zanika kompletnie. Rozpływam się w tafli i, i… jestem taflą, taflą! Płynę, aaa! We wszystkie strony, pełen-podzielony… rozpływam się, aaa… !
wtorek, 15 września 2009
wtorek, 4 sierpnia 2009
Zimnokrwiści
Wyobcowani
Nadludzie nieludzie
Nie potrafimy okazywać uczuć
Nie okazujemy
Nie czujemy
Gramy tylko gramy
Nasze pocałunki w amoku
Jak z psychodelicznych filmów
Surrealistyczne
Zamykamy oczy i wciąż nie czujemy
Zamykamy oczy
A potem się rozklejamy
Rozłączamy
Jak drzewo rażone piorunem
Instynkt pcha nas do przodu
Tylko instynkt
Bez prawdziwych emocji
Czysta gra pozorów
Wzruszamy się wyuczeni
Że tym należy się wzruszać
Nieprawdziwie
Sztucznie
Kochamy się niezadowoleni
Nasz mały brudny seks
On nie jest jak w filmach
Nasza bliskość nie jest sterylna
Zupełnie niepodobna
Zamykamy oczy by poczuć się jak gwiazdy
Prawdziwych zaś nie dostrzegamy
Tylko fotografujemy
Co dzień miliony żądnych sensacji paparazzich
Fotografują słońce
I to kiedy?!
W chwili upadku!
W najbardziej poniżającym momencie
Uchwycone w gasnącym blasku
Niedoceniane w zenicie
W pełni chwały
Niezauważane
Twoje szczęście słońce
Że chociaż pięknie umierasz
Topiąc bezmiar płomieni w bezmiarze wód
Dokąd zmierzamy?
Gdzie nas prowadzą nasze plastikowe wnętrza?
Zardzewiałe czucia?
Dlaczego wstydzimy się uczuć?
Prawdziwych
Tacy poważni
Dlaczego chcemy być konkretni?
Przypisani
Lekarze inżynierowie prawnicy
Nauczyciele mundurowi psycholodzy
Logowie lodzy logowie lodzy
W pełnym mieszkaniu czuję się samotny
Wszyscy są tacy konkretni
Zadowoleni z siebie
Przypisani
Jak meble
Jak rzeczy
Nie osiedla są betonowe
To mieszkańcy
I kłody rzucane pod nogi
To też mieszkańcy
Śmiejemy się
Tak
Został nam tylko śmiech
By stłumić wewnętrzne erupcje
Śmiejemy się
Wtedy nie czuć strachu
Śmiejemy się
Wtedy możemy zabijać
Prawdziwych siebie
Człowieczeństwo
Aż zostaną zbutwiałe wydrążone pnie
Puste twory zapatrzone w blichtr ekranów
Nie tyle zapomnimy o korzeniach
Ile nie będziemy w stanie ich sobie nawet wyobrazić
Uzmysłowić
Wyzuci z uczuć
Wyżęci z prawdy
Zachłyśnięci fałszywą wolnością
Oderwani od rzeczywistości
Nierealni
Nieświadomi mordercy samych siebie
Z zimną krwią
Zimnokrwiści
Nadludzie nieludzie
Nie potrafimy okazywać uczuć
Nie okazujemy
Nie czujemy
Gramy tylko gramy
Nasze pocałunki w amoku
Jak z psychodelicznych filmów
Surrealistyczne
Zamykamy oczy i wciąż nie czujemy
Zamykamy oczy
A potem się rozklejamy
Rozłączamy
Jak drzewo rażone piorunem
Instynkt pcha nas do przodu
Tylko instynkt
Bez prawdziwych emocji
Czysta gra pozorów
Wzruszamy się wyuczeni
Że tym należy się wzruszać
Nieprawdziwie
Sztucznie
Kochamy się niezadowoleni
Nasz mały brudny seks
On nie jest jak w filmach
Nasza bliskość nie jest sterylna
Zupełnie niepodobna
Zamykamy oczy by poczuć się jak gwiazdy
Prawdziwych zaś nie dostrzegamy
Tylko fotografujemy
Co dzień miliony żądnych sensacji paparazzich
Fotografują słońce
I to kiedy?!
W chwili upadku!
W najbardziej poniżającym momencie
Uchwycone w gasnącym blasku
Niedoceniane w zenicie
W pełni chwały
Niezauważane
Twoje szczęście słońce
Że chociaż pięknie umierasz
Topiąc bezmiar płomieni w bezmiarze wód
Dokąd zmierzamy?
Gdzie nas prowadzą nasze plastikowe wnętrza?
Zardzewiałe czucia?
Dlaczego wstydzimy się uczuć?
Prawdziwych
Tacy poważni
Dlaczego chcemy być konkretni?
Przypisani
Lekarze inżynierowie prawnicy
Nauczyciele mundurowi psycholodzy
Logowie lodzy logowie lodzy
W pełnym mieszkaniu czuję się samotny
Wszyscy są tacy konkretni
Zadowoleni z siebie
Przypisani
Jak meble
Jak rzeczy
Nie osiedla są betonowe
To mieszkańcy
I kłody rzucane pod nogi
To też mieszkańcy
Śmiejemy się
Tak
Został nam tylko śmiech
By stłumić wewnętrzne erupcje
Śmiejemy się
Wtedy nie czuć strachu
Śmiejemy się
Wtedy możemy zabijać
Prawdziwych siebie
Człowieczeństwo
Aż zostaną zbutwiałe wydrążone pnie
Puste twory zapatrzone w blichtr ekranów
Nie tyle zapomnimy o korzeniach
Ile nie będziemy w stanie ich sobie nawet wyobrazić
Uzmysłowić
Wyzuci z uczuć
Wyżęci z prawdy
Zachłyśnięci fałszywą wolnością
Oderwani od rzeczywistości
Nierealni
Nieświadomi mordercy samych siebie
Z zimną krwią
Zimnokrwiści
czwartek, 18 czerwca 2009
Rozmaślania niezmaślone
Ktoś rzucił masłem o ścianę
Biedne biedne masło
Spływa trochę rozlane
Jak ślimak pełznie masło
Ktoś cisnął kostką o ścianę
Trochę się rozklapciała
Cisnął i wyszedł za bramę
Kostka ze ścianą została
Spaść boi się miękkie masło
Tłusty pot kapie z czoła
„Miało być ze mnie ciasto”
Została smuga – nic zgoła
Biedne biedne masło
Spływa trochę rozlane
Jak ślimak pełznie masło
Ktoś cisnął kostką o ścianę
Trochę się rozklapciała
Cisnął i wyszedł za bramę
Kostka ze ścianą została
Spaść boi się miękkie masło
Tłusty pot kapie z czoła
„Miało być ze mnie ciasto”
Została smuga – nic zgoła
czwartek, 23 kwietnia 2009
Krótka historia Afrodyty
Kindze K.
Jak powstała Afrodyta?
To proste
Stanęłaś przed wschodem słońca na morskim brzegu
Moczyłaś stopy w słonej wodzie
Fale raz za razem smagały Twe kostki
A ja byłem piaskiem u Twych stóp
Patrzyłaś na horyzont a nawet za
Czekałaś tylko na słońce
Wielkie wspaniałe słońce
Marzenie Marzycielka
A ja tak bliski
Tak oczywisty
Tak niedostrzegalny
Uśmiechałem się do Twych stóp
Fale dławiły mój śmiech
Wciągałem Cię w głąb mego sypkiego ciała
Bez trudu wyciągałaś nogi na powierzchnię
Nie umiałem uwięzić Twych stóp
Ani Twego spojrzenia
Rozgniatałaś mnie bezlitośnie
Boleśnie dziurawiłaś
Raniłaś koniuszkami palców
W zamian zostawiałem ziarniste pocałunki
Z których pewnie otrzepałabyś nogi przed wejściem do domu
Co więcej mogłem ja, mokry piasek?
Spieniłem się o brzasku
Spojrzałaś
Tak powstała Afrodyta
niedziela, 22 marca 2009
Maska
Nie ma takich słów i nie ma takich łez,
Nie ma takich gestów, min, wyrazu kres...
Są takie zakamarki, opisać je nie sposób,
Na zawsze pozostaną tajemnicą dwóch osób.
Ten co się z nie zagłębia, na zawsze już przepada
I każda droga w sercu jest jak zdrada, jak zdrada...
I żyć z tym jakoś trzeba, żyć z tym tutaj każą,
Lecz cóż to jest za życie z maską, a nie twarzą?
Nie ma takich gestów, min, wyrazu kres...
Są takie zakamarki, opisać je nie sposób,
Na zawsze pozostaną tajemnicą dwóch osób.
Ten co się z nie zagłębia, na zawsze już przepada
I każda droga w sercu jest jak zdrada, jak zdrada...
I żyć z tym jakoś trzeba, żyć z tym tutaj każą,
Lecz cóż to jest za życie z maską, a nie twarzą?
sobota, 14 marca 2009
Śmiałem
Ośmielę się zauważyć
Że niebywale często mamy w życiu
Przebejane
Obserwujemy ludzi w metrze
W autobusach obserwują nas ludzie
Czasem uśmiechamy się do nich
(kto wie dlaczego)
Czasem speszeni odwracamy wzrok
(kto wie dlaczego)
I udajemy, że wcale nie patrzyliśmy
Chociaż patrzyliśmy
A oni wiedzą i my wiemy, że oni wiedzą
Czasem ktoś poprosi o pomoc
Albo chociaż o radę
Pomożemy
I czujemy się dobrze
(Dlaczego? Kto wie…)
Czasem mamy ochotę ofuknąć gbura
Rozpychającego się w przepełnionym tramwaju
Udającego
(Dlaczego? Kto wie…)
Że nie widzi umęczonej staruszki
Nie ustępującego miejsca
Czasem nie wiemy widząc żebraka
Czy rzucić mu tysięczną rybę
Czy nie rzucać i skłonić do zdobycia wędki
Czasem przypadkiem powiemy, narysujemy, napiszemy lub zrobimy
Coś ładnego
I cieszy nas to
(Dlaczego? Kto wie dlaczego?)
Czasem w tłumów tłumie
Wydaje nam się, że odnajdujemy bratnią duszę
Jedyną
(Wydaje się, że wiemy)
Lecz zawsze jest zajęta
Niechętna
Albo obojętna
Ośmielę się zauważyć
Że niebywale często mamy w życiu
Przebejane
Że niebywale często mamy w życiu
Przebejane
Obserwujemy ludzi w metrze
W autobusach obserwują nas ludzie
Czasem uśmiechamy się do nich
(kto wie dlaczego)
Czasem speszeni odwracamy wzrok
(kto wie dlaczego)
I udajemy, że wcale nie patrzyliśmy
Chociaż patrzyliśmy
A oni wiedzą i my wiemy, że oni wiedzą
Czasem ktoś poprosi o pomoc
Albo chociaż o radę
Pomożemy
I czujemy się dobrze
(Dlaczego? Kto wie…)
Czasem mamy ochotę ofuknąć gbura
Rozpychającego się w przepełnionym tramwaju
Udającego
(Dlaczego? Kto wie…)
Że nie widzi umęczonej staruszki
Nie ustępującego miejsca
Czasem nie wiemy widząc żebraka
Czy rzucić mu tysięczną rybę
Czy nie rzucać i skłonić do zdobycia wędki
Czasem przypadkiem powiemy, narysujemy, napiszemy lub zrobimy
Coś ładnego
I cieszy nas to
(Dlaczego? Kto wie dlaczego?)
Czasem w tłumów tłumie
Wydaje nam się, że odnajdujemy bratnią duszę
Jedyną
(Wydaje się, że wiemy)
Lecz zawsze jest zajęta
Niechętna
Albo obojętna
Ośmielę się zauważyć
Że niebywale często mamy w życiu
Przebejane
niedziela, 1 marca 2009
Mordercy pierworodni
Miliony pokoleń, miliony bekulturnych,
Jak busz w Australii, co rodząc płonie,
Miliony pokoleń bez wniosków wtórnych,
Miliony morderców swych matek w łonie
Żyją bez dziedzictwa, żyją od nowa,
Nie wiedząc jakich poświęceń owocem
Jest każdego z nich wzniesiona głowa
I jak bolesne czekają ich noce
Bez wsparcia przodków, ksiąg zapisanych,
Bez doświadczenia minionych lat,
Świat wybudują, co na nich samych
Będzie się wspierał czasu szmat
Elan vitae, potęga życia,
W nieświadomości pozwoli trwać,
I niby nie ma nic do ukrycia
I trzeba tylko od życia brać
Aż wyhamuje rozpęd natury
Widzi się szczyty, nie trzeba biec
I podszeptują wewnętrzne chóry
Że ktoś rozpalić musiał życia piec
Tęskno do źródeł, tęskne oblicza
Z nostalgią sięgają pamięcią wstecz
Nic nie znajdują, pustka dziewicza,
Pustka bez ale, bez przecież, bez lecz
Trwają więc w smutku i łzach pogrążeni,
Nie wiedząc co było, nie wiedząc co jest,
Martwią się czy też wyrośnie z ich cieni
Nowe pokolenie nim przyjdzie kres
Zmarszczek przybywa, poryte ciało
Wciąż nie wydało życia na świat
Czy poza śmiercią nic nie zostało
A nasza strata, największą ze strat?
Ach jakże w bólu wielką mam radość,
Ach w mym cierpieniu ostatni raz
Nadeszła wszelkich zmartwień mych zadość
Ginę i rodzę – wszystko w jeden czas
Któż mógł przewidzieć, że giną rodząc,
Że trzeba życie za życie zdać?
Któż mógł przewidzieć, że piękny owoc
Kosztuje więcej niż można dać?
Odchodzą nagle, ale szczęśliwi,
Że mogli temu światu coś dać,
Odchodzą w nicość wielce migotliwi
Wreszcie nie biorąc udało się dać
Miliony pokoleń, miliony bekulturnych,
Jak busz w Australii, co rodząc płonie,
Miliony pokoleń bez wniosków wtórnych,
Miliony morderców swych matek w łonie
Jak busz w Australii, co rodząc płonie,
Miliony pokoleń bez wniosków wtórnych,
Miliony morderców swych matek w łonie
Żyją bez dziedzictwa, żyją od nowa,
Nie wiedząc jakich poświęceń owocem
Jest każdego z nich wzniesiona głowa
I jak bolesne czekają ich noce
Bez wsparcia przodków, ksiąg zapisanych,
Bez doświadczenia minionych lat,
Świat wybudują, co na nich samych
Będzie się wspierał czasu szmat
Elan vitae, potęga życia,
W nieświadomości pozwoli trwać,
I niby nie ma nic do ukrycia
I trzeba tylko od życia brać
Aż wyhamuje rozpęd natury
Widzi się szczyty, nie trzeba biec
I podszeptują wewnętrzne chóry
Że ktoś rozpalić musiał życia piec
Tęskno do źródeł, tęskne oblicza
Z nostalgią sięgają pamięcią wstecz
Nic nie znajdują, pustka dziewicza,
Pustka bez ale, bez przecież, bez lecz
Trwają więc w smutku i łzach pogrążeni,
Nie wiedząc co było, nie wiedząc co jest,
Martwią się czy też wyrośnie z ich cieni
Nowe pokolenie nim przyjdzie kres
Zmarszczek przybywa, poryte ciało
Wciąż nie wydało życia na świat
Czy poza śmiercią nic nie zostało
A nasza strata, największą ze strat?
Ach jakże w bólu wielką mam radość,
Ach w mym cierpieniu ostatni raz
Nadeszła wszelkich zmartwień mych zadość
Ginę i rodzę – wszystko w jeden czas
Któż mógł przewidzieć, że giną rodząc,
Że trzeba życie za życie zdać?
Któż mógł przewidzieć, że piękny owoc
Kosztuje więcej niż można dać?
Odchodzą nagle, ale szczęśliwi,
Że mogli temu światu coś dać,
Odchodzą w nicość wielce migotliwi
Wreszcie nie biorąc udało się dać
Miliony pokoleń, miliony bekulturnych,
Jak busz w Australii, co rodząc płonie,
Miliony pokoleń bez wniosków wtórnych,
Miliony morderców swych matek w łonie
poniedziałek, 9 lutego 2009
Niezapomniane
Rozsiądą się w bujanych fotelach gentelmani,
Fajki nabiją, tytoń zmienią w zgrabne kółka,
A przy nich damy dworu, ich ladies w czerwieni,
Z porcelany na język kap kap parzone ziółka
Retrospekcje z młodości odwiedzą senną klitkę,
W kominku ciepło zbudzą, rozmigocą świece,
Każdy palec owinie w tę Ariadny nitkę,
A gdy labirynt przebrną, serca buchną jak piece
I zadrży gdzieś tam w środku czuła struna ducha,
Ciałem dreszcz potrząśnie, oczy przejdą łzami,
Ach w życiu bywa różnie, lecz gdy się wspomnień słucha,
To żyć by się raz jeszcze tak chciało czasami.
Fajki nabiją, tytoń zmienią w zgrabne kółka,
A przy nich damy dworu, ich ladies w czerwieni,
Z porcelany na język kap kap parzone ziółka
Retrospekcje z młodości odwiedzą senną klitkę,
W kominku ciepło zbudzą, rozmigocą świece,
Każdy palec owinie w tę Ariadny nitkę,
A gdy labirynt przebrną, serca buchną jak piece
I zadrży gdzieś tam w środku czuła struna ducha,
Ciałem dreszcz potrząśnie, oczy przejdą łzami,
Ach w życiu bywa różnie, lecz gdy się wspomnień słucha,
To żyć by się raz jeszcze tak chciało czasami.
Duszno i ciasno
Duszę się...
Cyfry dźwięki litery
Duszę się...
Kolory kształty rozmiary
Duszę się...
Zapachy odcienie figury
Duszę się...
Normy pojęcia i wzorce
Duszę się...
Symbole przyczyny i skutki
Duszę się...
Wymagania oczekiwania zalecenia
Duszę się...
Sekundy minuty godziny
Duszę się...
I tylko marzyć nie wolno i sobą być!
Przestrzeni tyle, a ciasno tak
Pozory wolności, obłudy gorzki smak
Latać nie wolno! Lecz będę o tym śnić...
Cyfry dźwięki litery
Duszę się...
Kolory kształty rozmiary
Duszę się...
Zapachy odcienie figury
Duszę się...
Normy pojęcia i wzorce
Duszę się...
Symbole przyczyny i skutki
Duszę się...
Wymagania oczekiwania zalecenia
Duszę się...
Sekundy minuty godziny
Duszę się...
I tylko marzyć nie wolno i sobą być!
Przestrzeni tyle, a ciasno tak
Pozory wolności, obłudy gorzki smak
Latać nie wolno! Lecz będę o tym śnić...
sobota, 10 stycznia 2009
Liczydlaki
Dni liczymy niepoliczalne,
Zegarów kroczą natrętne armie,
Tik-tak, tik-tak
Minuta za minutą płynie,
Wskazówki niczym koło w młynie,
Tik-tak, tik-tak,
Kolejne cyfry kalendarza
I stosy kartek na ołtarzach,
Tik-tak, tik-tak,
O godziny wznosimy modły,
By tryby kiedyś zaniemogły,
By czasu śliskość zardzewiała,
By się wskazówka zatrzymała...
A ona ciągle tik-tak, tik-tak.
I wkoło walka z wiatrakami,
By wiatr zawrócić oddechami,
Tik-tak, tik-tak,
By pauzę włączyć pięknej chwili,
Lub wrócić się gdzieśmy już byli,
Tik-tak, tik-tak,
Móc smołą zalać, choć raz tarczę,
Spojrzeć na czasu ruchy starcze,
Tik-tak, tik-tak,
I licząc przesypiamy życie,
Wieczorem śnimy wciąż o świcie,
Choć świtu wrócić nie umiemy,
Więc żyć czy liczyć, czego chcemy?
A echo wciąż powtarza tik-tak, tik-tak...
Zegarów kroczą natrętne armie,
Tik-tak, tik-tak
Minuta za minutą płynie,
Wskazówki niczym koło w młynie,
Tik-tak, tik-tak,
Kolejne cyfry kalendarza
I stosy kartek na ołtarzach,
Tik-tak, tik-tak,
O godziny wznosimy modły,
By tryby kiedyś zaniemogły,
By czasu śliskość zardzewiała,
By się wskazówka zatrzymała...
A ona ciągle tik-tak, tik-tak.
I wkoło walka z wiatrakami,
By wiatr zawrócić oddechami,
Tik-tak, tik-tak,
By pauzę włączyć pięknej chwili,
Lub wrócić się gdzieśmy już byli,
Tik-tak, tik-tak,
Móc smołą zalać, choć raz tarczę,
Spojrzeć na czasu ruchy starcze,
Tik-tak, tik-tak,
I licząc przesypiamy życie,
Wieczorem śnimy wciąż o świcie,
Choć świtu wrócić nie umiemy,
Więc żyć czy liczyć, czego chcemy?
A echo wciąż powtarza tik-tak, tik-tak...
Subskrybuj:
Posty (Atom)